sobota, 13 stycznia 2018

Eh...

No to pierwszy post w tym roku, chociaż i tak nie powinno go być, bo raczej nie mam nic nowego do napisania.

Co roku to sylwestra spędzam bardziej żałośnie. Ten ostatni przespałem, dosłownie. Położyłem się spać o 22 i wstałem dopiero rano. I tak do tej 22 było mi ciężko wytrzymać i było smutno jak cholera jak zawsze, więc trochę skróciłem sobie te cierpienia. Jak jeszcze nie zdechnę, to za rok trzeba podobnie "świętować".

Od jakiegoś czasu mam też problem z plecami. Nieważne, czy siedzę, czy leżę to i tak cały czas. Nic nie zapowiada, że miałoby być lepiej, a raczej będzie tylko gorzej. Mam już tego dosyć. Pewnie to przez to, że w ogóle się nie ruszam, ale gdzie miałbym się niby szukać, jak nie mam pracy i znajomych, z którymi mógłbym się spotkać. Siedzę tylko przed komputerem, a potem leżę na łóżku przed komputerem: dzień w dzień i to tak od kilku lat. Smaruję się jakąś maścią, ale nic to nie pomaga. Teraz już nawet przed komputerem ciężko mi przebywać. Problemy z kręgosłupem są raczej u mnie rodzinne, ale nie sądziłem, że tak szybko i mnie to dopadnie. I mam tak z tym bólem dalej żyć? Wcześniej było nieprzyjemnie, ale teraz to już kurwa całkowicie.

Czasem się jeszcze łudziłem, że może będzie lepiej, ale teraz nie mam już żadnych złudzeń. Z brakiem dziewczyny i znajomych jakoś sobie radziłem, ale teraz nie ma dnia, by mnie coś nie bolało. A przez ten ból pleców zupełnie już nic mi się nie chce. Każdy dzień jest jeszcze większą udręką niż wcześniej. Codziennie liczy się tylko to, by jakoś wytrzymać do czasu, kiedy pójdę spać. Mam coraz więcej głupich myśli, chociażby o tym, by pojechać gdzieś, gdzie jest wojna i dać się zabić, bo sam nie potrafię tego zrobić. No chyba że ktoś z was chciałby to zrobić?

Nie ma dnia, by ojciec nie wspominał tego, że nie mam prawa jazdy i pracy i tak siedzę bezczynnie. Pierwsze co robi po powrocie z pracy, to sprawdza, czy siedzę przed komputerem, a potem jak zawsze zaczyna gadać ciągle to samo. Jak ja mam tego dosyć. Chciałbym się wyprowadzić, by nie musieć już go słuchać. Ale niby gdzie miałbym się wyprowadzić? Pod jakiś most? Eh...

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Wegetacja.

Kompletnie nie mam tu o czym pisać, a pewnie bym chciał, bo zawsze to jakieś zajęcie, więc piszę o tym, że nie mam o czym pisać. Nic się u mnie nie dzieje, zupełnie nic, i to chyba właśnie najgorsze. Jak studiowałem, jeździłem codziennie do Lublina i pewnie często byłoby o czymś napisać. A teraz? Nic. Tylko siedzę w domu i nic nie robię. Jaki ja muszę być zjebany, że tyle czasu nie potrafię znaleźć sobie pracy chociaż za tę minimalną pensję. I jak tak dalej będzie to nigdy nie znajdę...
Za rok mój brat będzie zdawać na prawo jazdy, a jest młodszy ode mnie prawie dziesięć lat. I pewnie zda za pierwszym razem, a ja nigdy. Ale być zjebany, skoro przez tyle lat nie potrafię zrobić czegoś, co większość ludzi robi bez problemu.

Jak ja chciałbym z kimś porozmawiać. Ostatni raz spotkałem się z innym człowiekiem ponad dwa lata temu i nic nie wskazuje na to, bym kiedyś znów miał się z kimś spotkać. A wy, jeśli oczywiście ktoś jeszcze tu zagląda, chodzicie do szkoły, na uczelnię, do pracy i spotykacie się z innymi ludźmi. Potem pewnie ze znajomymi, chłopakiem lub dziewczyną, rozmawiacie, robicie razem różne rzeczy, a ja co? Wstaję rano i idę do komputera, potem resztę dnia spędzam gapiąc się w telefon. I tak cały czas. Jak mam być normalny jak nie mam kontaktu z innymi ludźmi, jak z nikim nie rozmawiam? To nie życie, to pieprzona wegetacja. Na studiach było niewiele lepiej, ale przynajmniej codziennie wychodziłem z domu, łaziłem sobie po mieście i czasem na uczelni ktoś się do mnie odezwał, co oczywiście było rzadkością, bo kto chciałby odzywać do tego czegoś. Chętnie bym do tego wrócił, bo teraz nie mam już nic.

Z tym swędzeniem to chyba jakiś większy problem. Od września mnie to już męczy i samo chyba nie przejdzie. Co kilka dni wszystko mnie swędzi. Trwa to ze dwa dni, potem kilka dni przerwy i od początku. Po myciu brzuch i ręce mam całe czerwone. A głowa swędzi tak bardzo jakby piekła. I dobrze mi tak. Po co mam być zdrowy i tak nigdzie nie wychodzę, a jak siedzę tylko w domu to mogę i tak cierpieć. Może zdechnę szybciej.

piątek, 13 października 2017

Może mi przez chwilę nic nie dolegać?

No właśnie ostatnio ciągle coś mi jest, a przecież nawet nie wychodzę z domu. W poprzednim poście pisałem o tym, ze muszę chirurgicznie usunąć ósemkę. No i niedawno jakoś się to udało. Bardziej chyba bałem się rejestracji niż tego wyrywania, bo nie wiedziałem gdzie co tam jest, gdzie się udać, itd. W Lublinie byłem o 6 rano, padał deszcz, więc od razu tam poszedłem, ale było zamknięte (rejestracja jest czynna od 7:30), więc poszedłem się przejść. Aż mi się przypomniało, jak sobie tak łaziłem rano przed zajęciami czy między nimi, gdy jeszcze studiowałem; brakuje tego trochę. Teraz tylko siedzenie w domu i nic innego. Wróciłem tam o 6:40, było już otwarte i w środku kilka osób. Zapytałem się kto jest ostatni i czekałem na rejestrację. Niezbyt przyjemne kobiety tam pracują, ale jakoś się udało. Tyle że gdy mnie zapytano o numer telefonu to ze stresu go zapomniałem i podałem jakiś przypadkowy. Mam nadzieję, że nie będzie to do niczego potrzebne.
Trafiłem do młodej i ładnej pani chirurg. Powiedziałem z czym przyszedłem, wypełniłem jakieś tam papiery i odesłała mnie, by zrobić pantomogram. Zrobiłem zdjęcie, ale stwierdziła, że dziś tego zęba mi nie wyrwie, bo za dużo ludzi i mam wrócić jutro. Następnego dnia było już łatwiej, bo wiedziałem co i jak. Teraz już tylko bałem się, czy bardzo będzie boleć. Jednak na szczęście bólu nic nie czułem, dopiero po tym jak puściło znieczulenie zaczęło dosyć mocno boleć. No i nieźle spuchłem. Ze środkami przeciwbólowymi dało się wytrzymać. Tydzień później pojechałem na zdjęcie szwów i zęba miałem z głowy.

Od jakichś dwóch tygodni wszystko mnie swędzi. Całe moje gówniane ciało. Biorę wapno i jakieś proszki; to pomaga, ale tylko na kilka dni, a potem znowu się zaczyna. To cholernie wkurzające.

Z tydzień temu dosyć mocno zaczęła boleć mnie głowa. Nic specjalnego. Wziąłem coś przeciwbólowego i w końcu przestało. Ale za to następnego dnia mocno bolała mnie głowa przy kichaniu, kaszlu, schylaniu się czy podnoszeniu jakichś cięższych rzeczy. Utrzymuje się to do dzisiaj i na to środki przeciwbólowe nie pomagają. Czytałem, że może być to nawet jakiś nowotwór. Pewnie każdy normalny człowiek od razu poszedłby z tym do lekarza, ale dla mnie to ostateczność. Gdybym miał pracę to byłoby kiepsko, ale że nigdy żadnej nie znajdę, to mogę sobie tak siedzieć w domu. Może w końcu uśmiechnie się do mnie szczęście i naprawdę będzie to coś poważnego i w końcu zdechnę. To byłoby świetnie, więc nie ma po co iść do lekarza.
No i od dwóch dni boli mnie gardło. Biorę różne rzeczy i nic nie pomaga. Niedługo muszę zacząć wycinać maliny, więc z tak bolącym gardłem to nie będzie przyjemne.

A tak poza tym to tęsknię za pewną osobą. Brakuje mi rozmów z nią. W tym roku pisaliśmy tylko dwa razy i to krótko. Już więcej rozmawiałem z jej siostrą. Następny raz pewnie będzie dopiero w marcu w jej urodziny... Staram się przyzwyczaić, że ta znajomość jest już skończona, ale to trudne, bardzo trudne. Nadal nie ma dnia, bym nie sprawdzał kiedy ostatnio była aktywna na facebooku i liczę sobie o której godzinie to było. Jak uda mi się trafić, że jest online albo była kilka minut temu, to czuję jakby była jakoś tak blisko. Eh. Jakie to głupie... Jestem żenujący ale nie potrafię o niej zapomnieć...

środa, 13 września 2017

Samobójstwo.

Ostatnio znowu często myślę o samobójstwie. Niby nic się u mnie nie zmieniło, nadal jest beznadziejnie, a jakoś coraz bardziej tego chcę.
Mam problem z zębem, bo jak najszybciej muszę go usunąć chirurgicznie, a nie wiem gdzie i tym bardziej nie mam za co. Jak bym się zabił, to problem z głowy, a poza tym wszystkie inne, no nie?

W tym roku mamy niewiele aronii i malin, więc dużo na tym nie zarobimy. A ja sam oczywiście nigdy nigdzie nie znajdę pracy. Zresztą, bardziej ich obchodzi to, że nie mam prawa jazdy, bo codziennie o tym mówią. Chyba naprawdę nie ma dnia, by o tym nie wspominali. A przecież teraz na egzamin się nie zapiszę, bo to nie ma żadnego sensu. Kurs robiłem dawno temu, a teraz już nic nie pamiętam. Zresztą, ja uczyłem się jeszcze na starą wersję, więc nawet teorii bym nie zdał.

Zbliża się zima i może w końcu uda mi się to zrobić. Kawałek ode mnie płynie Wieprz, taka sobie rzeczka. Spokojnie dałoby się tam utopić. No i ja w ogóle nie potrafię pływać, więc raczej nie byłoby z tym problemu. Kiedyś w dzieciństwie prawie się utopiłem w starej kopalni piasku, więc wody raczej unikam. W liceum poza lekcjami wf-u miałem z godzinę lub dwie zajęć na basenie za darmo. Inni uczyli się tam pływać, a ja tylko się na nich patrzyłem, bo oczywiście też musiałem tam chodzić. Jeśli odważę się skoczyć z mostu do tej rzeki, to już raczej nie wypłynę. Jeśli jakoś bym tego dokonał, to mróz zrobi resztę, bo będę chciał to zrobić jak będzie dosyć zimno. Wtedy usiądę pod jakimś drzewem i po prostu poczekam, aż zdechnę. Żeby łatwiej poszło, wypije trochę alkoholu. Po weselu siostry zostało jeszcze kilka butelek wódki i nie ma kto tego wypić. Podobno alkohol fajnie rozgrzewa człowieka, więc to będzie w sam raz.
Nie wiem tylko czy miałbym pisać jakiś list czy coś takiego. Może lepiej i tak, by mnie nie szukali. Jeśli całkiem przestanę tu pisać, to będzie mogło oznaczać, że już zdechłem. A teraz trzymajcie kciuki, by udało mi się to zrobić :-).

piątek, 4 sierpnia 2017

Miało być kino...

Miałem coś napisać w urodziny, ale nie chciało mi się za bardzo. W tym roku życzenia złożyła mi tylko jedna osoba. Nawet z rodziny zupełnie nikt o tym nie pamiętał. Eh.

Dzisiaj pojechałem do Lublina do kina. Później pewnie nie byłoby kiedy, bo będę zrywać maliny i aronie, więc chciałem teraz. Chociaż przez tę pogodę to kiepski moment, tym bardziej, że ja się bardzo pocę. Zużyłem dziś kilka paczek chusteczek, bo ciągle musiałem się wycierać. Jak mam dłuższe włosy (oczywiście z tego co zostało, a jest tego niewiele) to jest jeszcze gorzej.
Wszystko mi przeszkadzało. A to coś z butami było nie tak, a to ciągle musiałem poprawiać moją dziurawą torbę. Kupiłem ją w 2012 albo w 2013 roku. Miała być tylko na jakiś czas, bym potem kupił sobie coś lepszego, ale od tego czasu nie kupiłem nic innego i nadal jej używam.

Najpierw w Lublinie poszedłem do sklepu po wodę. To i tak jakiś postęp, bo jak studiowałem nic do picia raczej sobie nie kupowałem, a często byłem na uczelni cały dzień. Podczas wysokich temperatur było dosyć ciężko wytrzymać, no ale co to dla mnie.

No i potem poszedłem do tego kina. Przyszedłem się po deptaku, nowym placu Litewskim i obok nowej fontanny. Ludzi dużo wszędzie jak cholera. Jak mi oni wszyscy przeszkadzali. Tacy zadowoleni chodzili sobie z innymi. Nienawidzę tego widoku, bo ja tak nigdy nie będę mieć. Ostatnio spotkałem się z innym człowiekiem ponad dwa lata temu. Wyobrażacie sobie mie spotykać się z nikim przez dwa lata? Zresztą już raczej nigdy się z nikim nie spotkam. Bo niby z kim? Nie mam znajomych, na tym głupim tinderze nie mam żadnych par, a inaczej tym bardziej nikogo nie poznam. Niby żyję wśród ludzi, ale jednak bez ludzi.

Tak sobie łaziłem, czułem się coraz gorzej i chciałem wracać do domu. W szybie jakiegoś budynku zobaczyłem swoje odbicie. Spocona, ohydna morda z resztkami włosów, coraz większy brzuch, krótkie grube nogi. Że też coś takiego chodzi wśród ludzi.
Do kina miałem jakieś 50 metrów, ale tam nie poszedłem, tylko wróciłem na dworzec. Przyjechałem specjalnie, by pójść do kina, ale tego nie zrobiłem. Pierwszy raz tak miałem, że nie poszedłem do kina. Po prostu miałem dosyć, jak ludzie się ma mnie patrzyli, zwłaszcza kobiety, jakbym był jakimś wynaturzeniem...

sobota, 24 czerwca 2017

Facebook i inne smęty.

Z facebooka usunąłem większość tych pseudo znajomych; zostawiłem jedynie kilkanaście osób. Zresztą ich też pewnie prędzej czy później usunę. Poza tym od kilku dni coś mi się pochrzaniło z facebookiem i nowych aktualności nie widzę prawie wcale (oczywiście z różnych stron, bo od tych znajomych to i wcześniej prawie nic nie było). Dlatego chyba usunę tam konto, bo niby po co mi ono? Teraz przydaje się jedynie do spamowania, ale to mogę robić i tutaj i niedawno tak właśnie było. Tam i tak nikt już nie widzi tego, co umieszczam, a tutaj mam większy zasięg (do czasu :D).
Prawie codziennie wchodzę sobie na profile tych osób, których jeszcze nie usunąłem, oglądam zdjęcia i jeszcze bardziej się frustruję, że marnuję życie. Chociaż ciężko tę wegetację nazwać życiem. Wtedy przez jakiś czas już całkiem nie potrafię nic robić i jedynie o tym myślę, smucę się i pragnę zdechnąć. Jak to możliwe, że oni mogą mieć tak normalne życie, a ja wcale... Często odwiedzam zwłaszcza taką jedną osobę. W sumie, robię to kilka jak nie kilkanaście razy na dzień. Sprawdzam, kiedy ostatnio była aktywna. Liczę, ile czasu minęło od naszej ostatniej rozmowy (dziś już prawie trzy miesiące). Za trzy tygodnie mam urodziny, więc może wtedy napisze, a potem znów cisza przez kilka miesięcy albo teraz już na zawsze. Nie pamiętam kiedy ostatnio z kimś rozmawiałem. Oczywiście chodzi o świat wirtualny, bo jeśli o rzeczywistość to jak dobrze wiecie, nic takiego się u mnie nie zdarza. Trudno. Przywykłem do tego, chociaż pewnie to nie jest normalne dla człowieka, bo chyba jednak ludzie potrzebują kontaktu z innymi.

We wtorek siostra zabrała mamę nad morze. Też bym sobie chętnie pojechał, ale nie było już dla mnie miejsca w samochodzie. Trochę szkoda, bo nad morzem nigdy nie byłem i pewnie nigdy nie będę. No i tak po prostu chciałbym się gdzieś wybrać, gdziekolwiek. Jeśli chodzi o wyjazdy na północ naszego kraju to najdalej byłem w Warszawie, a na zachodzie w Częstochowie na pielgrzymce. Więc raczej daleko się nie zapuszczałem. Nie sądzę, by kiedyś miało się to zmienić. Nie mam samochodu, prawa jazdy, pieniędzy, znajomych, więc jak mam gdzieś pojechać?
Na początku czerwca mój brat był w górach i to tam bym się najchętniej wybrał. Często przeglądam sobie zdjęcia z różnych wycieczek ludzi w góry i im zazdroszczę, że ja tam nigdy nie pojadę.

Jutro jest święto roweru w miejscowości niedaleko mnie. Jak co roku będzie tam sporo ludzi i jak co roku pewnie tam nie pojadę, a zawsze wcześniej sobie mówię,że tym razem jednak pojadę. Heh. Zresztą nawet nie miałbym z kim, bo nawet mój brat jedzie z kolegami, a potem nad jakieś jezioro.
Eh. I po co żyje takie coś jak ja...

niedziela, 21 maja 2017

Blog jeszcze żyje...

O czym by tu napisać... Niedawno byłem w kinie. Niby nic specjalnego, ale przynajmniej wyszedłem z domu. Trochę połaziłem sobie po mieście. Byłem w końcu na dachu Tarasów Zamkowych. Bardzo fajnie tam jest. Może uda mi się tam jeszcze kiedyś pójść, gdy będzie tam mało ludzi, więc lato odpada. No chyba że wybiorę się, gdy akurat będzie padał deszcz. A, no i byłem w Mc Donald's. Są tam takie fajne tablice dotykowe, tam można sobie zamówić co się chce, więc nie trzeba się nawet odzywać. Gdyby tylko nie było tam zawsze tylu ludzi, to byłoby dobrze. To był problem, ale nie największy. Najgorsze jest to, gdy sobie myślę, że to dla mnie nadzwyczajna sytuacja. Następnym razem do tego miejsca wybiorę może za rok albo i wcale, a dla tych wszystkich ludzi to zwykły dzień, zupełnie zwykła sytuacja, którą pewnie powtarzają wielokrotnie. Przykro jak cholera.

Wczoraj cały dzień pracowałem na dworze. Najpierw robiłem jedno ogrodzenie, potem drugie, trzeba było jeszcze wstawić bramę, więc się nie nudziłem. Szkoda, że i tak nic się nie skończyło. A wieczorem było ognisko. Wziąłem tylko sobie kiełbaskę i wróciłem do domu. Nie chciało mi się tam siedzieć, a poza tym i tak w tym czasie był mecz. Przypomniało mi to, jak prawie dwa lata temu byłem w Rzeszowie na ognisku. Było m jednocześnie przykro, bo oczywiście nic nie mówiłem i prawe każdy bł ze swoją drugą połówką, a wiadomo, gdzie moja jest,no i trochę się cieszyłem, bo przynajmniej mogłem sobie posiedzieć wśród ludzi. Pewnie już nigdy nic takiego mi się nie przydarzy. Teraz to tylko komputer i komputer.

Eh...

No to pierwszy post w tym roku, chociaż i tak nie powinno go być, bo raczej nie mam nic nowego do napisania. Co roku to sylwestra spędzam...